Ten drugi
Książę Harry — Autobiografie

Może jej wszech­obec­ność wy­ni­kała z tego sa­mego po­wodu, dla któ­rego nie dało jej się opi­sać – po­nie­waż była świa­tłem, czy­stym i pro­mien­nym świa­tłem, a czy można tak na­prawdę opi­sać świa­tło? Na­wet Ein­ste­inowi spra­wiało to trud­no­ści. Nie­dawno astro­no­mo­wie na­sta­wili swoje naj­więk­sze te­le­skopy, wy­ce­lo­wali je w ma­leńką szcze­linę w ko­smo­sie i udało im się do­strzec za­pie­ra­jącą dech w pier­siach kulę, którą na­zwali Earen­del, co w ję­zyku sta­ro­an­giel­skim ozna­cza Gwiazdę Po­ranną. Earen­del po­ło­żona jest mi­liardy lat świetl­nych od nas i praw­do­po­dob­nie już dawno prze­stała ist­nieć, bar­dziej zbli­żona wie­kiem do Wiel­kiego Wy­bu­chu, mo­mentu Stwo­rze­nia, niż na­sza Droga Mleczna, a mimo to wciąż wi­doczna dla oczu śmier­tel­ni­ków, po­nie­waż jest tak ja­sna i olśnie­wa­jąca.

Taka była moja matka.

To dla­tego wi­dzia­łem ją i wy­czu­wa­łem za­wsze, ale szcze­gól­nie tego kwiet­nio­wego po­po­łu­dnia w Frog­more.

A także dla­tego, że nio­słem jej sztan­dar. Przy­sze­dłem do tych ogro­dów, bo chcia­łem po­koju. Bar­dziej niż cze­go­kol­wiek in­nego. Chcia­łem go dla do­bra mo­jej ro­dziny i dla sie­bie sa­mego – ale też dla niej.