Od początku taki miałam plan. Właśnie dlatego złapałam Rosie tak wcześnie rano. Teraz zdałam sobie sprawę, że był to z mojej strony głupi błąd. Powinnam była poczekać i po pracy zabrać przyjaciółkę w jakieś bezpieczne, wolne od Aarona miejsce. Ale po wczorajszej rozmowie telefonicznej z mamá… taa. Sprawy się skomplikowały. Moja sytuacja zmieniła się zdecydowanie. Potrzebowałam kogoś i nie mogłam jaśniej dać do zrozumienia, że może to być ktokolwiek. Ktokolwiek oprócz Aarona, rzecz jasna. Rosie urodziła się i wychowała tu, w mieście. Musiała kogoś znać.
– Prawda, Rosie? Ktoś z twoich znajomych musi być wolny?
Jej głowa znów się wyłoniła.
– Może Marty? Uwielbia wesela.
Posłałam jej szybkie spojrzenie.
– Czy Marty to nie ten, który upił się na ślubie twojej kuzynki, podprowadził mikrofon zespołu i śpiewał My Heart Will Go On, dopóki twój brat nie ściągnął go siłą ze sceny?
– To właśnie ten. – Skrzywiła się.
– No nie. – Nie mogłam pozwolić na coś takiego na weselu mojej siostry. Wyrwałaby mu serce z piersi i podała jako deser. – A co z Ryanem?
– Szczęśliwie zaręczony.
Z ust wyrwało mi się westchnienie.
– Nie zaskakuje mnie to. Ryan to chodzący ideał.