– Wiem. Dlatego tyle razy usiłowałam was ze sobą spiknąć, ale ty…
Odchrząknęłam głośno, przerywając jej.
– Nie omawiamy w tej chwili, czemu jestem singielką. – Zerknęłam pospiesznie na Aarona.
Spojrzenie jego przymrużonych oczu spoczywało na mnie.
– A może… Terry? – zasugerowałam.
– Przeniósł się do Chicago.
– Cholera. – Pokręciłam głową, przymykając na moment powieki.
Bez sensu.
– To zatrudnię aktora. Zapłacę mu, żeby odegrał rolę mojego partnera.
– To będzie pewnie kosztowne – powiedział spokojnie Aaron. – Aktorzy nie rosną na drzewach, czekając, aż ktoś samotny zatrudni ich, żeby paradowali jako jego osoba towarzysząca.
Wbiłam w niego rozdrażnione spojrzenie.
– Zatrudnię profesjonalnego pana do towarzystwa.
Jego usta zacisnęły się w ten ciasny, niemal hermetyczny sposób, jak to miały w zwyczaju, kiedy był wyjątkowo poirytowany.
– Wolałabyś zabrać na ślub siostry męską prostytutkę niż mnie?
– Powiedziałam „pana do towarzystwa”, Blackford. Por Dios[1]– wymamrotałam, obserwując, jak jego brwi zbliżają się do siebie i budują grymas. – Nie szukam tego rodzaju usług. Potrzebuję jedynie towarzystwa. I to właśnie oferują. Towarzyszą ci podczas wydarzeń.