Z rozdziawionymi ustami przez dłuższy czas wpatrywałam się w przyjaciółkę. Stałyśmy na końcu korytarza na jedenastym piętrze w siedzibie InTech. Nasze biura znajdowały się stosunkowo blisko siebie, więc gdy tylko weszłam do budynku usytuowanego w sercu Manhattanu, w pobliżu Central Parku, skierowałam kroki prosto do niej.
Zamierzałam zabrać Rosie, byśmy mogły się rozłożyć na tapicerowanych drewnianych fotelach, które służyły za poczekalnię dla umówionych na spotkania klientów, a które tak wcześnie rano zwykle nie były zajęte. Ale nie dotarłyśmy na miejsce. Zanim zdołałyśmy usiąść, zrzuciłam bombę. Moje położenie było tak kłopotliwe, że wymagało natychmiastowej uwagi Rosie. A potem… potem, nie wiedzieć skąd, zmaterializował się on.
– Mam powtórzyć trzeci raz? – Jego pytanie wywołało u mnie kolejny przypływ niedowierzania, który ogarnął moje ciało, mrożąc krew w żyłach.
Nie zrobiłby tego. Nie żeby nie mógł, po prostu, co mówił, nie miało najmniejszego sensu. Nie w naszym świecie. W którym…
– Dobrze, w porządku. – Westchnął. – Możesz mnie zabrać. – Zamilkł, a mnie ogarnęła kolejna fala lodowatej nieufności. – Na wesele swojej siostry.
Plecy mi się napięły. Ramiona stężały.