Byłam na niego – na to – wyczulona do tego stopnia, że zauważyłam subtelną zmianę tonacji sygnalizującą przejście do głosu, który był zarezerwowany wyłącznie dla mnie. Który był równie suchy i zimny jak zawsze, ale miał dodatkową warstewkę pogardy i dystansu. Który wkrótce prowadził do gniewnego grymasu. Nie musiałam się nawet odwracać i na niego patrzeć, żeby to wiedzieć. Aaron zachowywał się tak zawsze w stosunku do mnie i tego… czegoś między nami.
– Jestem pewien, że moje słowa docierają tam, na dół, do Cataliny równie dobrze, ale gdybyś mogła jej powiedzieć, że mam robotę i nie mogę dłużej się w to bawić, to byłbym wdzięczny.
Tam, na dół? Kretyńsko wysoki koleś.
Byłam średniego wzrostu. Średniego jak na Hiszpankę, jasne. Ale jednak średniego. Miałam metr sześćdziesiąt – prawie metr sześćdziesiąt dwa, więc wypraszam sobie.
Zielone spojrzenie Rosie znów spoczęło na mnie.
– No więc, Aaron ma robotę i byłby wdzięczny…