No, a już fasoli by pan u nich nie kupił, bo wszyscy rzeźbili. Rzeźbił dziadek, staruteńki był, zaćmę miał na oczach, ale gdyby pan patrzył, jak rzeźbi, nie uwierzyłby pan, że nie widzi. Jak to robił, nie wiem. Może rękom kazał patrzeć? Rzeźbili trzej wnukowie, Stach, Mietek i Zenek. Kawalery na schwał, ale nie widziało się, żeby z pannami chodzili. Widziało się tylko, jak rzeźbili. Nie rzeźbił jeden ojciec. Klocki im na te rzeźby przycinał, ociosywał. Pewnie by też rzeźbił, tylko, o, tych trzech palców u tej ręki nie miał, urwało mu jeszcze w tamtą wojnę. Ale ociosywać, przycinać, jakoś sobie radził. Podobno jeszcze ich pradziadek rzeźbił i prapradziadek, i nie wiadomo, jak daleko trzeba by zapuścić się w mrok ich rodu za tymi rzeźbiącymi przodkami, bo według tego, co mówili, od niepamięci wszyscy u nich rzeźbili. Nawet w niedzielę, po mszy czy sumie wrócili z kościoła, od razu zabierali się do rzeźbienia, co usłyszeli w Ewangelii, żeby nie zapomnieć. Mieli zamiar całą Ewangelię wyrzeźbić, bo, jak mówił dziadek, świat jest taki, jak Bóg opisał, a nie jaki człowiek widzi.