Nie były to zwykłe rzeźby, jak pan sobie może wyobraża. Nie jest pan, widzę, ułomek, a gdzie tam, większe ode mnie czy od pana były. „Ostatnią Wieczerzę” na przykład, gdy zaczęli rzeźbić, polankę w lesie wycięli. Sam stół to jak kilka tych moich, ławy to jak kilka tych moich ław. A i tak apostołowie siedzieli ciasno jeden przy drugim, że dla Chrystusa jakby nie było już miejsca. Siedział wkulony między jednym apostołem, który stał z kielichem w wyciągniętej ręce, a drugim, co z głową na stole już spał, i był dużo mniejszy od nich. Nie sięgałby im pewnie do pasa, gdyby tak i on, i oni wszyscy wstali. Był już w cierniowej koronie i jakby czymś zmartwiony, wspierał głowę na dłoni. Z drugiej strony stołu nawet któryś z apostołów wyciągał rękę ku tej koronie, jakby chciał ją zdjąć z jego głowy, że za wcześnie, ale nie dostawał. Na stole stało kilka dzbanów z winem, a każdy dzban, to nie mam takiego naczynia, żebym mógł porównać. Ta konew czy to wiadro byłyby za małe. Chleb to nie pamiętam, żeby gdzieś takie bochny piekli. A piekli nawet do dziesięciu kilogramów. Mieli jeszcze dach nad tą wieczerzą postawić, tylko że już nie zdążyli.