Zmierzch już zapadał, gdy przekroczyłem granicę, więc liczyłem, że w nocy dojadę i do rana może się nawet trochę prześpię. Dopóki główną drogą jechałem, wszystko było w porządku, noc wygwieżdżona, księżyc, widoczność całkiem dobra. Zjechałem jednak w boczną drogę, potem znów skręciłem w inną i zaczęła się pojawiać mgła. Z początku rzadka i gdzieniegdzie, takimi pasmami tylko nachodziła, przegradzając od czasu do czasu drogę. Ale światła przeciwmgielne jeszcze sobie dobrze radziły. W miarę nawet szybko jechałem jak na tę porę. Z każdym jednak kilometrem te pasma zagęszczały się. A po jakimś czasie jakby ściany mgły zaczęły wyrastać na drodze. Widniej było tylko w miejscowościach, gdzie paliły się lampy. Kiedy jednak z takiej miejscowości wyjeżdżałem, w jeszcze gęstszą mgłę wpadałem. I w coraz gęstszą, i gęstszą. Mgłę miałem przed sobą, mgłę nad sobą, z boków, z tyłu. Jakby świata nie było, tylko mgła. Próbowałem i takie, i takie światła palić, nic nie pomagało. Wiem przecież, że długie najmniej pomagają. Długie, to od razu ma się białą ścianę przed maską. Mijania i przeciwmgielne jedynie.