Wtem tuż przed maską samochodu wyłoniły się z tej mgły dwie postaci. Mężczyźni raczej, domyśliłem się. Nie zdążyłem nacisnąć sygnału, tylko z całej siły wbiłem nogę w hamulec. Pot mnie oblał, serce nieomal w całym samochodzie było słychać, jak mi wali. Byłem pewny, że się rzucą na samochód, zaczną walić w szyby, drzwi wyrywać, a mnie wyzywać od najgorszych. I mieliby rację, bo cóż z tego, że szli środkiem drogi. Ale niech pan sobie wyobrazi, nawet nie zauważyli samochodu. Chyba się kłócili, bo doszły mnie ich chrapliwe, podniesione głosy. Wymachiwali rękami, popychali się. Wyglądało, że jeszcze będę świadkiem bójki w tej mgle.
Uchyliłem trochę szyby, włączyłem radio na cały głos, szła jakaś ostra, dudniąca muzyka, myślałem, może usłyszą i ustąpią mi drogi. Nie usłyszeli. Stali, chwiejąc się na wszystkie strony, a w pewnej chwili zwarli się ze sobą, obłapili w serdecznym uścisku i zaczęli się całować. A byli tak pijani, że jeden drugiego podtrzymywał, gdy ten się obsuwał.