Zacząłem się już zastanawiać, kto tu, w domkach, mógłby mieć takie niedawno narodzone dziecko. Mnie już nic nie dziwi, powiem panu, nawet gdyby dziecko ktoś wyniósł do lasu. Zacząłem przeglądać krzak za krzakiem, obchodzić najbliższe drzewa. Wtem widzę, pod bukiem leży o, ten Reks. Widocznie mnie wywąchał i mimo że był prawie umarły, zakwilił. Bo musi pan wiedzieć, węch w psie na końcu umiera. Kiedy mnie zobaczył, próbował się nawet dźwignąć ze ściółki. Ale nie dał rady. I znów jak dziecko zakwilił. Będzie coś z ciebie czy nie będzie, zacząłem się zastanawiać. Nie, to przyniosę łopaty i zakopię cię. Jeszcze jeden grób w lesie, nie ma to już znaczenia. Odmalowuję wszystkim tabliczki, będę malował i tobie. I wtedy nazwałem go Reks. Tu leży Reks. Niech w Bogu tak samo spoczywa. Krzyża ci nie postawię, choć warta krzyża twoja męka. A on znów próbuje się podnieść. Pazurami aż ściółkę drze przed sobą i patrzy na mnie, jakby mnie błagał, żebym go nie zostawiał.