Trylogia kopenhaska
Tove Ditlevsen — Pozostałe

Piękna była moja matka w te dziwne i szczęśliwe poranki, kiedy zostawiałam ją w zupełnym spokoju. Piękna, nieruchoma, samotna i pełna tajemniczych myśli, których miałam nigdy nie poznać. Za jej plecami na tapecie w kwiatki – rozdarcia w niej mój ojciec załatał brązową taśmą klejącą – wisiał obraz, który przedstawiał kobietę wyglądającą przez okno. Na podłodze za nią stała kołyska z malutkim dzieckiem. Obraz podpisano: „Kobieta czekająca na powrót męża z morza”. Niekiedy matka nagle mnie dostrzegała i jej wzrok podążał za moim ku obrazowi, który wydawał mi się zarazem wesoły i smutny. Ale matka wybuchała śmiechem; brzmiało to tak, jakby jednocześnie zgniatano mnóstwo nadmuchanych papierowych torebek. Serce waliło mi ze strachu i żalu, bo spokój na świecie zostawał przerwany, śmiałam się jednak razem z nią, ponieważ ogarniała mnie ta sama straszna wesołość. Matka odsuwała krzesło, podnosiła się i stawała przed obrazem w pogniecionej koszuli nocnej, ujmując się rękami pod boki. Czystym wyzywającym głosem młodej dziewczyny, nienależącym do niej tak samo jak jej późniejszy głos w ciągu dnia, kiedy targowała się z przekupkami, zaczynała piosenkę:

Czy nie wolno mi śpiewać