Trylogia kopenhaska
Tove Ditlevsen — Pozostałe

mojej małej, co chcę?

Luli laj, luli laj, luli laj.

Odejdź od okna, przyjacielu,

przyjdź kiedy indziej, nadzieję łap.

Bo gdy nastały mrozy i chłody,

wrócił do domu stary cap.

Nie lubiłam tej piosenki, ale musiałam głośno się śmiać, bo matka śpiewała ją, żeby mnie rozbawić. To wszystko jednak było moją winą, bo gdybym nie patrzyła na obraz, ona by mnie nie dostrzegła. Dalej siedziałaby ze spokojnie złożonymi dłońmi i surowymi pięknymi oczami utkwionymi w rozdzielającą nas ziemię niczyją, a moje serce mogłoby jeszcze długo szeptać „mamo”, wiedząc, że do niej w jakiś tajemniczy sposób to dotrze. Powinnam ją zostawić samą jeszcze na długo, aby bez słów wypowiedziała moje imię ze świadomością, że jesteśmy ze sobą spokrewnione. Coś na kształt miłości wypełniłoby wtedy cały świat, Hans Świerzb i Piękna Lili wyczuliby to i pozostali kolorowymi obrazkami w książce. Teraz natomiast, zaraz po skończonej piosence, zaczynali się kłócić, krzyczeć i szarpać nawzajem za włosy. Wkrótce do pokoju docierały też podniecone głosy, a ja obiecywałam sobie, że jutro będę udawać, iż tego smutnego obrazu na ścianie w ogóle nie ma.