Kiedy nadzieja już legła w gruzach, matka ubierała się, wykonując przy tym gwałtowne, pełne irytacji ruchy, jakby każda część garderoby była dla niej zniewagą. Ja też musiałam się ubrać, a świat był zimny, niebezpieczny i straszny, bo mroczny gniew mojej matki zawsze znajdował ujście w uderzeniu mnie w twarz albo popchnięciu na piec. Matka była obca i tajemnicza, a ja wyobrażałam sobie, że podmieniono mnie jako niemowlę, ona zaś wcale nie jest moją matką. Ubrawszy się, stawała przed lustrem w sypialni, pluła na kawałek różowej bibułki i mocno nacierała nią policzki. Ja wynosiłam naczynia do kuchni, a do mojego umysłu wpełzały długie, dziwne słowa, otaczając go jakby ochronną błoną. Piosenka, wiersz, coś łagodzącego, rytmicznego i nieskończenie melancholijnego, lecz nigdy żałosnego i smutnego, chociaż wiedziałam, że dalszy ciąg mojego dnia będzie żałosny i smutny. Gdy przenikały mnie te jasne fale słów, wiedziałam, że matka nie może mi już nic więcej zrobić, bo przestawała dla mnie cokolwiek znaczyć. Ona również o tym wiedziała i jej oczy wypełniały się zimną wrogością. Nigdy mnie nie biła, gdy moja dusza była tak poruszona, ale też się do mnie nie odzywała.