Harry nawet nie drgnął. Wzrokiem chłonął tylko wszystkie szczegóły gestów i mimiki. Dwadzieścia pięć sekund. Wciąż patrzył na zegar nad drzwiami, ale kątem oka widział, że kierownik oddziału otwiera bankomat od środka, wyciąga z niego dwie podłużne metalowe kasety i oddaje je mężczyznom. Wszystko odbywało się bardzo prędko, w milczeniu. Pięćdziesiąt sekund.
– A to dla ciebie, ojczulku! – Niższy z mężczyzn wyjął z walizki dwie identyczne kasety i podał je Helgemu Klementsenowi. Kierownik oddziału przełknął ślinę, kiwnął głową i umieścił kasety we wnętrzu bankomatu.
– Miłego weekendu – rzucił ten niższy, wyprostował się i chwycił walizkę.
Półtorej minuty.
– Nie tak prędko – odezwał się Helge.
Mały zesztywniał.
Harry wciągnął policzki i usiłował się skupić.
– Pokwitowanie – oświadczył Helge.
Przez długą chwilę dwaj mężczyźni w kombinezonach wpatrywali się w niewysokiego siwowłosego szefa oddziału, w końcu niższy zaczął się śmiać. Wysokim cienkim śmiechem, z histerycznym tonem, jakim śmieją się ludzie na haju.
– Myślał pan, że zamierzamy uciec bez podpisu? Że damy dwa miliony bez pokwitowania?