– A skąd mogliśmy wiedzieć, że się zabił? – wszedł mu w słowo ten gruby. – Zgłosili wypadek, a wypadek to mógł rękę, nogę złamać. Mało tu rąk, nóg nałamali na tych pierońskich schodach?
– Zdjęcie można by powiesić – rzucił ten z belkami. – Tylko nie tutaj, raczej na mieście, bo będą się potem bali tędy chodzić, że straszy. Choć zdjęcie trupa, to kto się przyzna, że go znał. Lepiej byłoby tej córki. Córkę chętniej ktoś by rozpoznał.
– A skąd wiesz, że to córka, nie wnuczka? – skarcił go oficer. I tamten aż zamrugał oczami, że sam na to nie wpadł.
– Z tego widać, że w panu mamy jedynego świadka – zwrócił się do mnie oficer. I jakby zawahał się, dodając: – A może i jedyny punkt, od którego powinno się poprowadzić dochodzenie, skoro nie ma ani dowodu denata, ani zdjęcia, ani innych świadków. Pojedzie pan z nami, spiszemy protokół.
Na posterunku posadził mnie przy biurku naprzeciwko siebie, spytał, czy napiję się herbaty, podniósł słuchawkę telefonu:
– Dwie herbaty – polecił. – Pan słodzi? A to i ja dzisiaj wypiję słodzoną. I cukier. Aha, i Bronka niech przyjdzie do pisania.