Chuda jak szczapa kobiecina, jak się okazało sprzątaczka, przyniosła dwie szklanki herbaty, cukier w jakimś blaszanym pudełku po landrynkach i jedną łyżeczkę. Osłodził sobie, zamieszał, potem dał łyżeczkę mnie.
– Muszę chyba przynieść z domu łyżeczkę. Te aluminiowe łamią się i już niewiele ich zostało na cały posterunek – powiedział jakby na usprawiedliwienie tej jednej łyżeczki.
Przyszła i Bronka, obrzuciła mnie wzgardliwym spojrzeniem, siadła przy maszynie i rozłożyła przed sobą jakieś kolorowe pismo.
– Nim herbatę wypijecie, to przejrzę, jaka jest moda na jesień.
– Pisz. Co ma herbata do przesłuchania?
– A ja tam nie wiem.
Poczekał, aż upiję chociaż ten pierwszy łyk, sam upił już chyba trzeci, po czym odepchnął się z krzesełkiem od biurka, układając plecy na oparciu, zaplótł dłonie, najwyraźniej rozluźniając się, a chyba i nogi wyciągnął pod biurkiem, gdyż dotknął mnie.
– No, to niech pan mówi.
– Co mam mówić?
– Co pan wie.
– Nic więcej nie wiem, prócz tego, co powiedziałem.