Zaczął bębnić palcami prawej ręki po biurku, jakby zastanawiając się, czy mnie jednak nie przerzucić do owego Edka, co mu proponował wyższy rangą o gwiazdkę oficer, który przyniósł mu notatkę. Nie wiedziałem, kto to Edek, imię jak każde inne, lecz żeby przerzucić mnie do jakiegoś Edka, już samo to groźne mi się wydało. Dotąd łagodny, niekiedy przyjazny, miałem nawet wrażenie, że sprawia mu przykrość, że mnie musi przesłuchiwać. I strach mnie obleciał. Niby nie zgodził się na tego Edka, ale i w nim może jakiś Edek siedzi, skoro powiedział, że da sobie radę.
– Wiecie chyba, że przyznanie się do winy jest okolicznością łagodzącą – powiedział jakby ze znużeniem w głosie. I chyba nawet ziewnął.
– Ale do czego mam się przyznać?
– To nie moja sprawa, to nie ja mam się przyznać. A prawdę mówiąc, każdy miałby się do czegoś przyznać. Gdybyśmy nawet pierwszych lepszych ściągali z ulicy na przesłuchania. I może kiedyś tak będzie. Na razie mamy ograniczony zakres działań.
Przestał bębnić palcami prawej ręki po blacie biurka, przerzucił się na lewą rękę i jakby z przypływem energii bębnił głośniej i szybciej, a mnie strach podszedł aż do gardła.