Park był zwykle o tej porze pusty, poza tym niewielki, jakie bywają tego rodzaju śródmiejskie parki, do tego mocno przerzedzony przez apokaliptyczną niemal burzę, która przed kilku laty zwaliła się na miasto, o czym ze zgrozą dotąd wspominano. Nie miał więc takiego powodzenia jak niegdyś. Nie dało się w nim zaszyć przed ludzkimi oczyma, toteż mało kto się w nim teraz umawiał. Młodzi woleli chodzić do kępy, nad rzekę, a starych żal za dawnym parkiem odstręczał od spacerów i przesiadywania na ławkach. Kiedyś drzewa o tej porze roku rozbrzmiewały ptasimi głosami, teraz ciszę z rzadka coś zakłócało, był więc pewny, że usłyszy jej kroki, gdy będzie się zbliżała.
Przymknął oczy przed rażącym słońcem, gdyż w tej ciszy nikt by mu nie umknął. Słyszał wszystkie kroki już z daleka i nie musiał za każdym razem otwierać oczu, aby się przekonać, czy to ona, czy nie ona. Kroki jej zresztą znał na pamięć, jakby z lekka tylko dotykały ziemi, można by pomyśleć, że idzie w sandałkach, jakkolwiek chodziła zawsze na podwyższonym obcasie, nie znosiła obuwia na płaskim. Stopy stawiała jakby od palców, nie od pięt, poznałby te kroki nawet w bezgwiezdnych ciemnościach.