Prawie nie słuchał, co mu przepowiadała, gdyż myślami wychodził właśnie razem z nią ze szkoły po ostatniej lekcji, z drzwi gmachu, potem przez furtkę ze szkolnego dziedzińca, przechodził na drugą stronę ulicy, kawałek szedł chodnikiem, potem skręcił w stronę kościoła, był już pod kościołem, za chwilę wejdzie w park, już jest w parku, tak że powinny go zaraz dojść jej kroki zmierzające ku niemu. Już mu się wydawało, że słyszy je jeszcze cichuteńkie, chyba jest gdzieś na początku bocznej alejki, ale to jej kroki, jak by mógł ich nie poznać, gdy nagle niczym obuchem w głowę uderzyły go słowa Cyganki:
– Nie będzie dzisiaj tędy wracała. Miała iść, ale przypomniała sobie, że musi coś kupić, haftki, zatrzaski, i pójdzie przez miasto.
Nie skończyła, gdy wyszarpnął rękę z jej dłoni, zerwał się i popędził ku miastu.
– A na grzechotkę nie da?! – zawołała za nim, aż dziecku sutek wymsknął się z buzi, bo rozpłakało się w głos.
Zawrócił, wysupłał jakąś monetę z kieszeni i rzucił jej na podołek.
– Za to nie kupi grzechotki! – krzyknęła zawiedziona. – Przeklęty niech będzie!