Więc usunąłem mu się. I wtedy laska wypadła mu z ręki i potoczyła się w dół, a on zachwiał się i runął za nią. Spadł aż na drogę u podnóża schodów, głową uderzając w bruk. Akurat nikt nie schodził, nie wchodził, to i nikt nie widział. Rzuciłem się za nim. Próbowałem go unieść w jakiejś bezrozumnej nadziei, że może żyje. Ciężki jednak był. Za życia wysoki, a po śmierci jeszcze bezwładny, więc tym bardziej ciężki. Wtem usłyszałem czyjś głos nad sobą:
– Zostawić. Karetka już jedzie.
Ułożyłem więc z powrotem jego zakrwawioną głowę na bruku i dopiero wtedy zobaczyłem, że obok stoi kilka osób. Skąd się nagle wzięły, nie wiem. Może tak jest przy każdym wypadku, że ludzie jakby wyrastają spod ziemi lub sfruwają z nieba, lecz gdy spadał z tych schodów, mógłbym przysiąc, że żywej duszy nie było. Nie ma więc co słuchać ludzi, bo nikt nie widział, że zawadził o laskę. Mogą różne rzeczy mówić, a i tak każdy powie co innego, jak zawsze, kiedy nie chce się być świadkiem. A jak się potem okazało, nikt nie chciał. Ten, który kazał mi go zostawić, opowiadał właśnie o podobnym zdarzeniu, wskazując jakiś nieodległy dom: