– O, w tamtym domu. Dwóch kolegów, nieobytych z bronią, znaleźli rewolwer z czasów wojny. A że był zardzewiały, nawet cyngiel nie dawał się pociągnąć, to jeden zaczął walić lufą w stół. No, i wystrzeliło temu drugiemu w brzuch. Zwalił się, a tamten zaczął go podnosić, chyba go i wyprostował. Doktor potem powiedział, że gdyby go nie podnosił, żyłby.
W tym momencie jego słowa przerwała dojeżdżająca na sygnale karetka. Wyskoczyło dwóch sanitariuszy z noszami i lekarz, który rozciągnął mu powieki, na wszelki wypadek przyłożył jeszcze słuchawkę do piersi i stwierdził zgon. Tuż po karetce, również na sygnale zjawiła się i milicja. Wyszło z samochodu dwóch mundurowych, jeden oficer, z gwiazdkami, drugi młodszy, z belkami. Po nich, z tylnego siedzenia, wygramolił się trzeci, gruby, że aż śmieszny wydawał się w mundurze.
Oficer zaczął wypytywać ludzi stojących wokół ciała, co kto widział i jak to się stało, a młodszy, z belkami, zapisywał, choć nie miał co, bo jakkolwiek jeden przez drugiego mówili, to nikt nic nie widział. Któryś widział tylko, jak zbiegałem ze schodów, gdy już ciało leżało na bruku. A ten, co mi zakazał go podnosić, nadszedł właśnie, gdy chciałem go podnieść, i powiedział: