Gdy zaczęłam tracić pamięć, wiedziałam, co mnie czeka. Opowiadałabym tę jedną historię znad rzeki Aare, ale nikt nie chciałby jej słuchać, tak jak ja miałam dość ojca powtarzającego w kółko tę swoją straszną bajkę, którą znałam od dziecka. Jedyna data, jaką pamiętał po kilkunastu latach zmagań z alzheimerem, jedyny żywy obraz w jego głowie, to trzydziesty pierwszy stycznia tysiąc dziewięćset czterdziestego szóstego roku, gdy Bury wymordował trzydziestu chłopów w podlaskiej wsi Puchały. Mój ojciec, jeden z młokosów, których zbrodniczy watażka Armii Krajowej zaprzągł siłą do pomocy, cudem uniknął śmierci. Nigdy nie mówił o mojej dawno martwej matce, licznych kochankach, naszej wiernej pani Kasi, przenigdy o Weronice, która urodziła mu dziecko, gdy ja byłam już na studiach, nawet o niej, późnej córce Ewie, tak pięknej, tak wyjątkowej, nie. Milczał o skomplikowanych operacjach na mózgach przytomnych pacjentów, patrzących na niego jak na boga, choć wcześniej zadręczał wszystkich szczegółowymi opisami swoich osiągnięć, nawet przypadkowych słuchaczy, którzy nie odróżniliby móżdżku od śledziony.