Ucieczka niedźwiedzicy
Joanna Bator — Literatura

Liczył się tylko tamten styczniowy dzień, trzydzieści martwych ciał, oszalały z nienawiści zbrodniarz, ucieczka, odmrożone palce u stóp, las. Nieważne, kto znalazł się w polu rażenia historii, ojciec strzelał. W listonosza, lekarza, sprzątaczkę, zmieniające się ciągle pielęgniarki ze Wschodu. Najczęściej jednak we mnie. Mówił coraz brzydziej, w coraz większej rozpaczy, słowa narowiły się, zdania wybuchały jak nafaszerowane gwoździami kamizelki samobójców. Zaczęły pojawiać się chachłackie słowa, dawno nieużywany język wymsknął się z zatrzaśniętej szuflady w głowie mojego ojca jak niespokojny duch. Kak Bury pryszoł na swadźbę w Łozicach, to światało. Ja baczył, kak oni zbirajuc sia we wioscy. Tysiąc razy miałam ochotę krzyknąć, by się zamknął, ale nigdy tego nie zrobiłam, bo wiedziałam, że też noszę w sobie ziarno jątrzącej się historii, tyle że banalnej, pozbawionej ciężaru, który miała ojcowska. Opowiadałabym, jak Rafael poprosił, Zostań, latem będziemy jeździć do tej wioski koło Sion, której nazwa znów wyleciała mi z głowy. Żałosne.