Ucieczka niedźwiedzicy
Joanna Bator — Literatura

Szłam przez Berno, które pachniało tak samo, jak dwadzieścia lat temu: serem, czekoladą, tęsknotą. Chciałam iść dopóty, dopóki starczy mi sił, w stronę gór, z których wypływa Aare, patrząc na ich ośnieżone szczyty. I wejść do wody dopiero tam, gdzie będzie pusto i nikt nie zauważy staruszki, która rozstaje się z życiem. Dzień był świetlisty, na wysokim niebie ani jednej chmury. W hotelu zostawiłam dokumenty i telefon. Przy sobie miałam tylko tabletki, które spowolnią pracę serca i sprawią, że nie dam rady długo płynąć. Moje stare serce po prostu się zatrzyma w lodowatej, czystej wodzie, choć ciało będzie instynktownie wykonywać wyuczone ruchy. Byłam dobrą pływaczką. Nikt na mnie nie czekał, nikt nie wiedział, co zamierzam. Nie zwróciłam uwagi na wozy policji i straży pożarnej koło mostu Nydegg ani na grupę umundurowanych mężczyzn, ruszających na poszukiwanie zbiegłej niedźwiedzicy. Miałam wrażenie, że o czymś zapomniałam, ale nie mogłam sobie przypomnieć, co to było i czy warto szukać pierwszej litery tego czegoś w całym alfabecie. Dotarłam wystarczająco daleko, nie czułam zmęczenia. Nikogo tu nie było. Przedarłam się przez zarośla i usiadłam na brzegu.