Na początku tracił pojedyncze słowa, tak samo jak ja od kilku lat. Albo wychodził z domu i zamiast skręcić w lewo, udawał się w prawo, gdzie zatrzymywał się po kilku krokach, zdezorientowany i zawstydzony. Już nigdy nie było lepiej. Któregoś poranka zastałam go w kuchni nad rozkręconym budzikiem i nastała era psucia mechanicznych przedmiotów, których działanie chciał poznać. Najbardziej interesowały go te, które coś mierzyły: zegary, wagi, termometry. Nie potrafił przywrócić wybebeszonych sprzętów do stanu użyteczności i ciskał nimi o ściany w napadach agresji. Na marginesach książek, które całe życie szanował, robił teraz notatki pełne bezsensownych fraz, a potem tylko pojedynczych liter, ciągnących się jak łańcuchy choinkowe. Na uroczystym przyjęciu na swoją cześć posłodził sobie kawę nożem, a zgromadzone przy stole lekarskie towarzystwo udawało, że nie widzi, jak niesie cukier na czubku ostrza i rozsypuje białe kryształki na obrusie. Słowa umykały mu i wracały ze zmienionym znaczeniem, łasząc się jak głodne koty. Gdy miałem siedemnaście złotych, zaczynał opowiadać, a miał na myśli lata, choć przecież nie mogę być tego pewna. To było potem, potem, potem.