W Imbirowicach!, podnosił głos, ale przecież wieś nazywała się Imbramowice.
Patrzyłam na niego, moją opokę, herszta naszej dwuosobowej bandy, i czułam, jakby ktoś włożył do środka inną zawartość. Przestraszone, agresywne dziecko. Zrobił sobie grafik i dopóki był w stanie, notował w nim godziny moich wyjść i powrotów, robiąc awantury za każdym razem, gdy się spóźniłam. Gdy zbyt długo rozmawiałam przez telefon, szczypał mnie. Przestał kochać muzykę i gdy puszczałam mu jedną z ulubionych płyt, Alcinę Haendla albo Lekcje ciemności Charpentiera, krzyczał w agonii jak poraniony szrapnelem, więc w naszym domu zamilkł odtwarzacz Cambridge, z którego był dawniej tak dumny.