Czasem pamiętał moje imię i płakał, powtarzając, Mari, Mari. Moja. Córka! A na drugi dzień się złościł, że po co mu powtarzam, że Marianna, Mari, jaka Mari, przecież nie musi pamiętać imion obcych ludzi. Nie pamiętam, czego nie pamiętam, płakał złamany. Zapomniałem, że zapomniałem. Daj mi!, wołał z dna rozpaczy, ale brakujące słowo nigdy nie zostało odnalezione. Daj mi!, krzyczał, a mnie pękało serce. Co miałam mu dać? Wodę? Chleb? Miłość? Śmierć? A potem język umarł, został tylko gadzi mózg i podstawowe funkcje życiowe. Oddychanie, jedzenie, wydalanie, strach. Mój mądry, elegancki ojciec stał się gadem. W chwili zagrożenia zastygał zaśliniony i uparcie robił kupę pod prysznicem. A na koniec przez trzy długie lata leżał karmiony przez sondę. Jego oczy, które kiedyś tryskały inteligencją, były matowe i martwe jak obtoczone w popiele.