A więc Samit rozejrzał się, obracając się wokół własnej osi, i odkrył jeszcze dwie grupki zbliżające się północną alejką. Jedna składała się z młodych kobiet, które wydawały się uważać świat za źródło niekończącej się wesołości; druga była zbieraniną – wszyscy w dżinsach obwisłych w kroczu i niezasznurowanych sportowych butach. Mówili jamajskim slangiem, typowym dla urodzonych w Londynie nastolatków. Od zachodu: ta sama historia, też zbliżający się nastolatkowie, mnóstwo, i nagle te wszystkie grupki nie wydawały się już oddzielne, lecz tworzyły coś w rodzaju masowego zgromadzenia kierowanego jedną inteligencją. Wciąż trwał okres świąteczny i można się było spodziewać tłumów młodzieży w centrum handlowym, ale… gdybyś miał jakiekolwiek wątpliwości, zgłoś to, powiedziano Samitowi. A teraz miał wątpliwości; nie tylko przez te dzieciaki, przez samą ich liczbę – ciągle zjawiało się ich więcej – ale też przez to, jak zbliżały się do niego; zupełnie jakby Samit Chatterjee miał za chwilę być świadkiem rozkwitu jakiegoś nowego ruchu; być może obalenia tej kolosalnej świątyni, której miał strzec.