W tej chwili zjawiła się Eva. Isabel wyrzuciła ręcznik. Dziewczyna nie weszła do żadnej z kabin: oparła się niewygodnie o blat. Była bardziej zamroczona niż Isabel. Nierówne obszycie jej sukienki jeszcze wyraźniej rzucało się w oczy. Światło lamp migotało na jej lśniących jak żółtko włosach. Isabel pomyślała, że niemal czuje zapach utleniacza.
– To był cudowny wieczór – powiedziała Eva.
– Hmm – burknęła Isabel, myjąc ręce.
– Wiesz, naprawdę chciałam was poznać. Ciebie najbardziej. Louis tyle mi opowiadał. Mieszkasz w starym domu rodzinnym, prawda? W domu, w którym dorastaliście we trójkę.
– Nie zaprosiłam cię na tę kolację.
Evę aż zatkało, przez chwilę poruszała ustami. Na jej skórze tuż przy kołnierzu perlił się pot. Isabel irytował sam fakt, że musi na nią patrzeć w tej chwili. Irytowały ją napięte szwy jej sukienki, ciemne odrosty włosów, pomalowane brwi. Jakie to upokarzające, pomyślała, stanowić tak kiepskie widowisko.
Naraz Eva zaniosła się pozbawionym humoru śmiechem.
– No proszę! – powiedziała. – Co jak co, ale nie boisz się mówić, co myślisz!
Isabel wytarła ręce.