Wtedy Eva zatrzymała się i zrównała z nią, powiedziała, że potrzebuje chwili z dala od „chłopaków” – to ostatnie słowo zabrzmiało jak hasło konspiracyjne. Isabel skrzywiła się. Gdy dotarli do ulicy Louisa, wiatr ucichł. Wyższe budynki, niewielkie ogrody. Eva zaczęła trajkotać ściszonym głosem, najwyraźniej zapominając o wcześniejszych słowach Isabel. Nie mówiła nic konkretnego, komentowała wygląd ogrodów, nadając swoim wypowiedziom formę pytającą: czyż begonie nie kwitną pięknie? I czy nie pokochałaby własnego ogrodu? Wydawało się, że pytanie było skierowane do Isabel, ale nie było, a zaraz po nim nastąpiło krótkie, zrezygnowane westchnienie:
– Och, tyle że fatalnie bym sobie z nim radziła, prawda? Marna byłaby ze mnie właścicielka ogrodu, pousychałoby wszystko, co próbowałabym uprawiać, jestem tego pewna.
– W takim razie nie zakładaj ogrodu – powiedziała Isabel. Eva zacisnęła usta.
Na górze, kiedy weszli do pokoju Louisa, Hendrik mocno ścisnął Isabel za ramię – sygnał. Na głos rzucił tylko chrapliwie:
– Ooo, jak pięknie!