– Czai się? – zapytała Eva, jakby nigdy wcześniej nie słyszała tego słowa.
– Ech, kogo tam obchodzi Maurice – skwitował Louis, głośniej niż tamtych dwoje. Isabel zamrugała oczami, zaczerpnęła powietrza i odwróciła wzrok. Teraz też siedziała wyprostowana. Eva znów poszła zmienić muzykę. Z jej twarzy wyparował rumieniec. Jej kark brązowił się w żółtej poświacie włosów.
Kiedy Hendrik i Isabel wyszli, znów była pokorna i przymilna: stała przy drzwiach, niska, uczepiona Louisa, obejmując go w pasie, machając, machając, machając.
– Jak miło! Jak miło! – rzuciła. – Do zobaczenia niebawem!
Kiedy wcześniej pochyliła się, by pożegnać się z Isabel, na moment wsparła się dłonią o jej talię. Krótki, ale pewny uścisk. Wracając bulwarem, Isabel wciąż czuła siłę jej dotyku i przycisnęła do tego miejsca swoją dłoń.
– Nie przepadam za nią.
Hendrik roześmiał się w głos.
– Co ty nie powiesz? Nigdy bym się nie domyślił.
– Nie, to znaczy – zaczęła, porządkując myśli. – W sensie, myślę… jest w niej coś, nie sądzę, żeby…
– Boże, ten woal – przerwał jej Hendrik, zaciskając w ustach papierosa, próbując podsycić żar mimo wiatru od morza. Zapadła ciemna noc. W dole na plaży syczało morze.