Isabel bezwiednie tarmosiła się za skórę na grzbiecie dłoni. Hendrik zauważył to w połowie zdania, odsunął jej dłoń i przytrzymał w swojej. Szedł chwiejnym, niepewnym krokiem. Zbliżali się do jego samochodu.
– Podwiozę cię – zaproponowała.
– Nieee. – Oparł głowę na jej ramieniu. – Nie trzeba!
– Siadam za kierownicą i koniec.
– Isa, ale twój pociąg! Co z rozkładem jazdy!
– Na stację podjadę tramwajem.
– Siostro – wycedził, próbując objąć ją ramionami i unieruchamiając jej łokcie. Nie lubiła takiego dotyku. Nie lubiła dotyku, który ogranicza swobodę ruchu. On o tym wiedział i robił to z premedytacją: zbyt ciężki, zbyt silny. Pijany. – Oj, siostro, siostro, siostro!
Szarpała się z nim. Podroczył się z nią trochę i ją puścił.
Odwiozła go do domu. Próbował namówić ją, żeby poszła z nim odwiedzić Sebastiana i zakończyć wieczór ostatnim drinkiem. Tak dawno nie widziała Sebastiana. Powiedział to cicho, solennie, z błyszczącymi, wilgotnymi oczami. Mocno ściskał ją za nadgarstek. Na górze paliło się światło: Sebastian na niego czekał.