Isabel ponownie dotknęła swojego kapelusza, karku. Poprawiła spinkę we włosach. Niedawno Hendrik dzwonił do niej z taką wiadomością: pogarsza się stan zdrowia matki Sebastiana, Sebastian chce ją odwiedzić. I chce, żeby Hendrik mu towarzyszył. Isabel nie wiedziała, co na to powiedzieć, więc się nie odezwała. Przemilczała tę wiadomość i zamiast tego zaczęła mu opowiadać o stanie ogrodu, o tym, że podejrzewa Neelke, pomoc domową, o lepkie ręce, o burzliwych odwiedzinach Johana, po których chodziła jak struta, i o niedawnym rachunku za naprawę auta. Hendrik szybko się rozłączył.
– Chyba będę musiał z nim wyjechać – ciągnął, nie patrząc na nią. – Nie mogę go zostawić, nie mogę…
– Zobacz, co znalazłam – przerwała, wyjmując z torebki zawiniątko. Rozpakowała je i podsunęła mu pod oczy. – Odkopałam to w ogrodzie. Pod tykwą.
Przyglądał się jej przez moment, skonsternowany. Po chwili mrugnął, zaczerpnął powietrza, pochwycił odłamek i przyjrzał mu się, odwracając go na drugą stronę.
– Czy to nie talerz matki?
– Wydaje się, że tak, nie sądzisz?