W dobrych rękach
Yael van der Wounden — Literatura

– Zresztą któż to wie, jak wyglądał ten dom przed nami.

– Przed nami? Co masz na myśli?

– Zanim się wprowadziliśmy. Ktoś inny mógł stłuc talerz. Zawsze było ich tylko pięć, prawda? Co się stało z szóstym?

– Hendrik, to talerze… To talerze matki.

– Właśnie że nie. To wszystko już tam było… – Wykonał niezrozumiały gest. – Te naczynia. Krzesła.

Kiedy przeprowadzili się do wschodniej części kraju, miała jedenaście lat, a Louis – najstarszy – trzynaście. Hendrik był dziesięcioletnim chłopcem o zapadniętych policzkach, melancholijnie usposobionym, zbyt niskim jak na swój wiek. Isabel nie myślała, że jej brat może wiele pamiętać z tych pierwszych dni w domu. Przeważnie rozmawiali o tym, co było wcześniej: o dzieciństwie w Amsterdamie, o ojcu w czasach przed chorobą, zapachu miasta w grudniu, jeżdżącej w kółko miniaturowej ciuchci.

A jednak miał rację. Osobliwa myśl, która nigdy przedtem nie przyszła jej do głowy – wprowadzili się do gotowego, urządzonego domu. Miał niemal wszystko, co trzeba: prześcieradła, garnki, wazony na parapetach.