W dobrych rękach
Yael van der Wounden — Literatura

– Ale to należało do matki… – Isabel urwała. Ich matka uwielbiała wzór z zającem. Dom był pełen zajęcy: zajęczych figurek na parapetach, zajęcy na wyłożonej płytkami wewnętrznej ścianie kominka.

– Mieliśmy kiedyś… – zaczął Hendrik. – Zaraz, zaraz, pamiętasz, w Amsterdamie, mieliśmy te talerze w kwiaty, bodajże dzwonki. Nie, talerze należały chyba do… tej kobiety, która była wtedy żoną wujka Karela, jak myślisz? Czy to nie ona przyszykowała dla nas dom?

– Wujek Karel nigdy nie miał żony – skonstatowała Isabel.

– Ech, właśnie że miał, niedługo. Wysoka, znamię na policzku. Mówiła „dzień dobry”, jodłując.

– Nie.

– Mieszkała z nami przez jakiś czas, zanim dołączyła do nas matka. Naprawdę nie pamiętasz?

Nie pamiętała żadnej kobiety. Nie pamiętała dnia ich przyjazdu ani nikogo, kto by ich oprowadzał, wyjaśniał im, dokąd mają iść, gdzie będą spać, dlaczego łóżka są już pościelone, są już…

– Ale nie przejmuj się tym za bardzo – powiedział Hendrik. – Isa? Nie rób tak.

Szczypała skórę na grzbiecie dłoni. Zwolniła uścisk. Odchrząknęła, po raz trzeci dotknęła swojego kapelusza.

– Cóż, może Louis będzie coś wiedział.