– Czy przyjdzie z tą samą co ostatnio? Nie podobała mi się. Miała grubą szyję.
Hendrik zaśmiał się, choć Isa nie żartowała.
– Nie – wyjaśnił. – Przyjdzie z nową. – Isabel cmoknęła z dezaprobatą, a Hendrik uśmiechnął się z zamkniętymi ustami. – Słyszałem, że tym razem to miłość jego życia.
– Co ty nie powiesz.
Papieros Hendrika wypalił się. Klienci restauracji wchodzili i wychodzili, prowadzeni przez kelnera w zapiętym garniturze.
– Idziemy? – zapytał Hendrik.
– Przecież jeszcze nie przyszedł.
– Wiem. – Hendrik podniósł szybę. – Ale może chodźmy…
Poszli. Zanim pojawił się Louis, minęło jeszcze pół godziny, w którym to czasie Hendrik wypalił trzy kolejne papierosy, wypił dwa piwa, trajkotał dla zabicia czasu, a potem znów zaczął snuć rozważania o tym, czy powinien pojechać z Sebastianem do Paryża odwiedzić jego chorą matkę. Zamierzali zatrzymać się tam na czas nieokreślony – lekarze nie mieli pewności. Kiedy to mówił, patrzył na Isabel tak, jakby wiedział, że ta nie chce tego słuchać, a mimo to pragnął, żeby mu powiedziała „jedź” albo „nie jedź”, żeby dała mu coś na kształt błogosławieństwa. Nie mogła mu go dać.
– Zrób, jak chcesz – powiedziała.
Siedziała nad szklanką wody. Napiła się.