Prolog. Okolice Garmisch-Partenkirchen, 1944
Dwie ciężarówki pokryte ciemnozieloną plandeką z trudem pokonywały każdy metr błotnistego szlaku. Nic nie zapowiadało także, aby w najbliższych godzinach miało się coś zmienić. Od kilku dni bez przerwy lało, a w dodatku stopiony przez kwietniowe słońce śnieg sprawiał, że droga należała do wyjątkowo uciążliwych.
– Co za cholerna pogoda! – syknął jeden z żołnierzy, któremu zamokła kolejna paczka papierosów. Nie siedział na pace ciężarówki, tylko szedł obok, podobnie zresztą jak kilku innych młodych esesmanów.
– Mnie pociesza jedynie, że ten wypad zdecydowanie nam się opłaci – stwierdził jego kompan i zrobił kolejny krok.
– Ciekawe, jak długo jeszcze to potrwa – mruknął pierwszy z żołnierzy.
– Nie mam pojęcia, ale mam nadzieję, że niezbyt długo, bo już ledwie powłóczę nogami.
– Gdyby nie ta forsa, chybabym uciekł. – Jego kolega się zaśmiał i dodał: – W tych samochodach jest zapewne mnóstwo złota, pieniędzy i kosztowności. Schultze nieźle się nachapał…