Warszawianka. Gdy zgasną światła
Ida Żmiejewska — Literatura

Na szczę­ście jego ko­chanka, So­nia, nie ocze­ki­wała mi­ło­ści. Oczy­wi­ście mo­gła zna­leźć so­bie ko­goś bo­gat­szego i bar­dziej wpły­wo­wego, ale z ja­kie­goś po­wodu wy­brała jego. Nie za­słu­żyła na ko­niec, jaki ją spo­tkał. Alek­san­der wzdry­gnął się na wspo­mnie­nie wy­da­rzeń sprzed pra­wie ty­go­dnia.

Gdzieś z dol­nego pię­tra do­bie­gły go wrza­ski i or­dy­narne pol­skie prze­kleń­stwa: za­pewne w któ­rejś z wie­lo­oso­bo­wych cel wy­bu­chła awan­tura. Trwała krótko, bo na­gle szczęk­nął za­mek po­spiesz­nie otwie­ra­nych odrzwi i Alek­san­der usły­szał tu­balny głos Sieńki, który nie szczę­dził więź­niom ani wy­zwisk, ani ra­zów.

On nie miał z kim się po­kłó­cić, po­nie­waż po aresz­to­wa­niu umiesz­czono go w po­je­dyn­czej celi. Za­wsze sta­rał się uprzej­mie trak­to­wać współ­pra­cow­ni­ków, bez względu na ich sta­no­wi­sko, więc na­czel­nik i do­zorcy, któ­rzy ja­koś nie chcieli uwie­rzyć w jego winę, po­sta­no­wili zre­wan­żo­wać mu się wła­śnie w ten spo­sób. Było to ważne o tyle, że spo­tka­nie z któ­rymś ze zna­jo­mych opry­chów mo­głoby skoń­czyć się dla niego tra­gicz­nie.