Warszawianka. Gdy zgasną światła
Ida Żmiejewska — Literatura

Sam uwa­żał, że to zby­teczna ostroż­ność. W końcu wszystko jedno, co się sta­nie. Je­śli nie za­biją go w wię­zie­niu, i tak zgnije na ka­tor­dze.

Cza­sem jed­nak chwy­tała go roz­pacz. Przy­cho­dziło mu do głowy, że może jego ży­cie jesz­cze się nie skoń­czyło i czuł po­kusę, aby się ra­to­wać.

Tłu­mił ją w za­rodku.

3.

– Do­kądś się wy­bie­rasz? – Matka spoj­rzała po­dejrz­li­wie na Le­on­tynę znad fi­li­żanki kawy.

– Mam spo­tka­nie z me­ce­na­sem Pasz­kie­wi­czem. Trzeba ure­gu­lo­wać kwe­stie urzę­dowe. – Dziew­czyna nie za­mie­rzała wda­wać się w szcze­góły, a ro­dzi­cielka na szczę­ście wię­cej nie do­py­ty­wała. W ostat­nim cza­sie wiele zmie­niło się w ich ży­ciu: to star­sza panna Ra­packa zo­stała głową ro­dziny i ra­dziła so­bie w tej roli na tyle do­brze, że nikt nie kwe­stio­no­wał jej de­cy­zji, także fi­nan­so­wych.

– Pa­mię­tasz, że idziemy na her­batę do Okta­wii?

– Oczy­wi­ście. Na pewno wrócę przed obia­dem.

– Mo­gła­bym po­je­chać z tobą? – za­py­tała He­lena, która do tej pory w mil­cze­niu przy­słu­chi­wała się roz­mo­wie. – Pro­szę.