Warszawianka. Gdy zgasną światła
Ida Żmiejewska — Literatura

Na do­da­tek Je­rzy Szu­ster wy­je­chał do Do­rpatu; Alek­san­der nie przy­pusz­czał, że bę­dzie mu tak bra­ko­wało współ­pra­cow­nika. Przez kilka ty­go­dni wy­da­wało się, że opu­ści go także Mi­chaił: stary graf Ka­łu­gin ro­bił wszystko, aby uko­chany wnuk po­wró­cił do Mo­skwy. Sta­ra­nia spa­liły jed­nak na pa­newce, po­nie­waż młody ad­wer­sarz po­rucz­nika, który po po­je­dynku nie wró­cił do zdro­wia, zmarł nie­ocze­ki­wa­nie. Dzia­dek i matka uznali więc, że Miszka nie po­wi­nien pchać się przed oczy zroz­pa­czo­nemu wu­jowi chło­paka, bo a nuż książę po­sta­no­wiłby wy­rów­nać ra­chunki. Ka­łu­gin mu­siał więc po­go­dzić się z tym, że jego po­byt w War­sza­wie prze­dłuży się na czas nie­okre­ślony.

Mimo obec­no­ści przy­ja­ciela sa­mot­ność da­wała się Alek­san­drowi we znaki. Nie­któ­rzy ra­dzili mu, aby się oże­nił, choćby z jedną z có­rek sę­dziego Mi­ro­nowa – panna Lud­miła spo­glą­dała na niego z za­in­te­re­so­wa­niem. Wo­ro­nin jed­nak był zbyt uczciwy, aby wcią­gać do­brą dziew­czynę w zwią­zek z góry ska­zany na nie­po­wo­dze­nie. Sta­rał się za­po­mnieć o Le­on­ty­nie, ale ku swemu utra­pie­niu nie po­tra­fił. Czas mi­jał, a tę­sk­nota za­miast ma­leć, ro­sła.