Warszawianka. Gdy zgasną światła
Ida Żmiejewska — Literatura

Le­on­tyna spoj­rzała na bladą szczu­plutką sio­strę i za­wa­hała się: po dłu­giej po­dróży ko­leją oraz za­mie­sza­niu zwią­za­nym z prze­pro­wadzką dziew­czyna po­winna od­po­czy­wać.

– Le­karz po­wie­dział, że masz na sie­bie uwa­żać – stwier­dziła matka, która naj­wy­raź­niej była tego sa­mego zda­nia. – Zdą­żysz na­cho­dzić się po mie­ście. I zjedz coś wresz­cie – do­dała z przy­ganą, bo z ta­le­rza młod­szej córki pra­wie nic nie ubyło.

– Ileż można od­po­czy­wać, pro­szę mamy? – He­lena wbiła w ro­dzi­cielkę bła­galny wzrok. – Poza tym... mu­szę in­te­re­so­wać się spra­wami ro­dziny, Te­nia ma za dużo na gło­wie.

Po­wrót do War­szawy był chyba do­brą de­cy­zją: chora, pierw­szy raz od wielu mie­sięcy, wy­raź­nie so­bie cze­goś za­ży­czyła. Do tej pory za­cho­wy­wała się tak, jakby nie za­uwa­żała ota­cza­ją­cego ją świata, a wszyst­kie ży­ciowe czyn­no­ści wy­ko­ny­wała bez­wied­nie.

– Te­nia so­bie po­ra­dzi – fuk­nęła matka, ale jej wzrok nieco zła­god­niał. – Ty nie po­win­naś na­wet my­śleć o ta­kich spra­wach.

– Może mały spa­cer nie za­szko­dzi? – Le­on­tyna, ucie­szona na­głym oży­wie­niem sio­stry, pu­ściła mimo uszu uwagę matki. – Zwłasz­cza że po­goda taka piękna.