Warszawianka. Gdy zgasną światła
Ida Żmiejewska — Literatura

– Nie znam szcze­gó­łów. – Ciotka wes­tchnęła. – Ale w ga­ze­tach pi­szą, że za­mor­do­wał ko­chankę.

2.

– Jak ktoś łeb jej ukrę­cił, zna­czy, za­słu­żyła – po­wie­dział szczer­baty Sieńka Gu­siew, po­da­jąc mu obiad. – Żal tylko, że przez bladź jedną wy na Sy­bir pój­dzie­cie.

Alek­san­der nie za­mie­rzał wda­wać się w dys­ku­sję ze straż­ni­kiem ani ni­czego mu tłu­ma­czyć, więc tylko kiw­nął głową w po­dzię­ko­wa­niu. Nie czuł głodu, ale kie­ro­wany resztką roz­sądku się­gnął po łyżkę. Ka­sza miała pa­skudny smak – była nie­do­so­lona i za­la­ty­wała spa­le­ni­zną.

Z tru­dem prze­łknął kęs i od­su­nął mi­skę. Po raz ty­sięczny ro­zej­rzał się po cia­snej celi, która była brud­niej­sza niż naj­bar­dziej ob­skurna piw­nica w skła­dach ojca. Wo­ro­nin po­my­ślał, że nie wy­trzyma w tym miej­scu – złość, wy­rzuty su­mie­nia i bez­czyn­ność szybko do­pro­wa­dzą go do sza­leń­stwa. Ni­kita An­drie­je­wicz, kiedy wi­dzieli się po raz ostatni, prze­po­wie­dział mu, że skoń­czy mar­nie sam jak pa­lec. Mu­siał przy­znać, że w swej lek­ko­myśl­no­ści i głu­po­cie zro­bił wszystko, aby oj­cow­skie pro­roc­two speł­niło się co do joty.