Wbił wzrok w wyszczerbioną cegłę tuż pod oknem: ktoś musiał obtłuc ją całkiem niedawno, bo plama żywej czerwieni wyraźnie odcinała się od reszty przykurzonego muru.
Gdyby został w Petersburgu, jego życie zapewne ułożyłoby się lepiej. W Warszawie od samego początku prześladował go pech, zaś sprawa śmierci mecenasa Rapackiego ciążyła mu niczym fatum. A przecież myślał, że zdoła zachować nad nią kontrolę. Przeliczył się jednak.
Pierwsze warszawskie śledztwo musiał oficjalnie uznać za porażkę. Szef Urzędu Śledczego, radca dworu Korolew, nie krył niezadowolenia i kazał mu, prawie na rok, zapomnieć o poważnych sprawach. Dopiero rozbicie gangu złodziei koni na Woli sprawiło, że wrócił do łask. Nawet Mironow zgodził się znowu z nim pracować – poprowadzili wspólnie dwa śledztwa, podczas których Aleksander starał się zachowywać bez zarzutu.