Wszystkie służbowe perturbacje były jednak niczym w porównaniu z kłopotami osobistymi – wiedział, że bezpowrotnie stracił Leontynę. W dużym stopniu na własne życzenie. Po śmierci Ludwika panie Rapackie miały poważne przejścia z żandarmerią, a on, choć martwił się o ukochaną, nie śmiał zbliżać się do niej, aby nie pogarszać sprawy i nie budzić podejrzeń. Zamierzał poczekać, aż wrzawa ucichnie i dopiero wtedy, przynajmniej częściowo, wytłumaczyć się z fiaska śledztwa. Zanim jednak się spostrzegł, pani Amelia wywiozła córki z Warszawy.