Warszawianka
Ida Żmiejewska — Literatura

– Pro­szę – od­po­wie­działa matka omdle­wa­ją­cym to­nem.

Le­on­tyna na­ci­snęła na klamkę i sta­ra­jąc się nie na­ro­bić ha­łasu, we­szła do bu­du­aru. Za­trzy­mała się tuż za pro­giem, aby przy­zwy­czaić wzrok do pół­mroku, a płuca do du­choty: go­spo­dyni uwa­żała, że każdy po­dmuch po­wie­trza jest śmier­tel­nym wro­giem jej wą­tłego zdro­wia.

– Wró­ci­łaś wresz­cie – rzu­ciła matka z wy­rzu­tem. Spra­wiała wra­że­nie roz­ko­ja­rzo­nej; pew­nie za­żyła za dużo lau­da­num. – Mó­wi­łam, że nie po­win­naś mar­no­wać czasu z Osiń­skim.

Le­on­tyna wy­słu­chi­wała ta­kich prze­mów od kilku mie­sięcy: kiedy ro­dzi­cielka do­wie­działa się, co za­ję­ciach Igna­cego, sym­pa­tia, jaką do niego ży­wiła, prze­ro­dziła się we wro­gość. Gdyby na­rze­czony córki wal­czył o nie­pod­le­głość, jego aresz­to­wa­nie sta­no­wi­łoby po­wód do dumy, ale so­cja­li­sta? Czło­wiek, który chciał wy­wró­cić do góry no­gami po­rzą­dek świata, mógł na pannę z po­rząd­nego domu spro­wa­dzić wy­łącz­nie kło­poty.

– Nie zo­sta­wię go. – Le­on­tyna za­ci­snęła usta. Nie za­mie­rzała wda­wać się w dys­ku­sję, bo matka była głu­cha na ar­gu­menty.