– Proszę – odpowiedziała matka omdlewającym tonem.
Leontyna nacisnęła na klamkę i starając się nie narobić hałasu, weszła do buduaru. Zatrzymała się tuż za progiem, aby przyzwyczaić wzrok do półmroku, a płuca do duchoty: gospodyni uważała, że każdy podmuch powietrza jest śmiertelnym wrogiem jej wątłego zdrowia.
– Wróciłaś wreszcie – rzuciła matka z wyrzutem. Sprawiała wrażenie rozkojarzonej; pewnie zażyła za dużo laudanum. – Mówiłam, że nie powinnaś marnować czasu z Osińskim.
Leontyna wysłuchiwała takich przemów od kilku miesięcy: kiedy rodzicielka dowiedziała się, co zajęciach Ignacego, sympatia, jaką do niego żywiła, przerodziła się we wrogość. Gdyby narzeczony córki walczył o niepodległość, jego aresztowanie stanowiłoby powód do dumy, ale socjalista? Człowiek, który chciał wywrócić do góry nogami porządek świata, mógł na pannę z porządnego domu sprowadzić wyłącznie kłopoty.
– Nie zostawię go. – Leontyna zacisnęła usta. Nie zamierzała wdawać się w dyskusję, bo matka była głucha na argumenty.