Warszawianka
Ida Żmiejewska — Literatura

Le­on­tyna nie od­po­wie­działa. Z ulgą mi­nęła bramę, nie­dbale od­po­wia­da­jąc na ukłon stróża, i wpa­dła na klatkę scho­dową. Po­mknęła na pierw­sze pię­tro; przy­sa­dzi­sta słu­żąca le­dwo mo­gła za nią na­dą­żyć. Drzwi otwo­rzył im Ka­zi­mierz wy­stro­jony we frak. Nic dziw­nego, trzy razy w ty­go­dniu o tej po­rze oj­ciec przyj­mo­wał klien­tów.

W miesz­ka­niu było cie­pło, na po­le­ce­nie matki od rana pa­liło się w pie­cach. Dziew­czyna ode­tchnęła, a lo­kaj po­mógł jej zdjąć wil­gotne okry­cie. Pe­la­gia po­drep­tała w stronę służ­bówki: mu­siała prze­brać się bez zwłoki, gdyż cze­kało ją dużo pracy.

Słu­żąca za­trzy­mała się przy drzwiach bu­du­aru i we­zwana przez chle­bo­daw­czy­nię zaj­rzała do środka. Po­wie­działa coś pół­gło­sem, a po chwili wy­co­fała się i znik­nęła za za­ło­mem ko­ry­ta­rza. Le­on­tyna po­my­ślała, że też po­winna zaj­rzeć do matki i spró­bo­wać ją uspo­koić.

Zer­k­nęła w lu­stro. Wciąż była za­czer­wie­niona, miała za­łza­wione oczy i po­tar­gane włosy. Nie obę­dzie się więc bez przy­krych uwag: panna zda­wała so­bie sprawę, że nie­wiele to po­może, ale przy­gła­dziła fry­zurę, a po­tem po­de­szła do drzwi po­koju. Za­pu­kała.