Leontyna nie odpowiedziała. Z ulgą minęła bramę, niedbale odpowiadając na ukłon stróża, i wpadła na klatkę schodową. Pomknęła na pierwsze piętro; przysadzista służąca ledwo mogła za nią nadążyć. Drzwi otworzył im Kazimierz wystrojony we frak. Nic dziwnego, trzy razy w tygodniu o tej porze ojciec przyjmował klientów.
W mieszkaniu było ciepło, na polecenie matki od rana paliło się w piecach. Dziewczyna odetchnęła, a lokaj pomógł jej zdjąć wilgotne okrycie. Pelagia podreptała w stronę służbówki: musiała przebrać się bez zwłoki, gdyż czekało ją dużo pracy.
Służąca zatrzymała się przy drzwiach buduaru i wezwana przez chlebodawczynię zajrzała do środka. Powiedziała coś półgłosem, a po chwili wycofała się i zniknęła za załomem korytarza. Leontyna pomyślała, że też powinna zajrzeć do matki i spróbować ją uspokoić.
Zerknęła w lustro. Wciąż była zaczerwieniona, miała załzawione oczy i potargane włosy. Nie obędzie się więc bez przykrych uwag: panna zdawała sobie sprawę, że niewiele to pomoże, ale przygładziła fryzurę, a potem podeszła do drzwi pokoju. Zapukała.