Wcześniejsza pora posiłku, którą Leontyna przed wyjazdem sama zaordynowała, oznaczała, że ojciec wybierał się na wista do wuja Władysława Lewińskiego. Nic dziwnego, że matka dostała migreny. Nie lubiła tych wyjść, a przecież człowiek, który pracował tak ciężko jak papa, zasługiwał na odrobinę rozrywki. Cotygodniowe spotkania z przyjaciółmi przy kartach i alkoholu dobrze mu robiły, wracał z nich w wyśmienitym humorze.
Kiedy siostry zajrzały do jadalni, przygotowania do posiłku były prawie zakończone: Pelagia ustawiała imbryk z herbatą na szczycie samowara, a w powietrzu unosiła się smakowita woń pieczeni wymieszana z zapachem świeżego ciasta. Helenka pociągnęła noskiem i przełknęła ślinę.
Skrzypnęły drzwi gabinetu i do jadalni wkroczył pan domu, mecenas Wiktor Rapacki.
– Dobry wieczór, moje panny.
Na widok ojca Leontyna poczuła się lepiej; od dziecka go uwielbiała i uważała za najwspanialszego człowieka na świecie. On odpłacał jej taką samą miłością i starał się wspierać podczas konfliktów z matką.