Warszawianka
Ida Żmiejewska — Literatura

– Do­bry wie­czór. – An­toni Pasz­kie­wicz ukło­nił się cór­kom pryn­cy­pała. Ni­kogo nie dzi­wiła jego obec­ność: młody ad­wo­kat czę­sto pra­co­wał u nich do późna i wtedy zo­sta­wał na ko­la­cji.

Pasz­kie­wicz był do­syć przy­stoj­nym, ale ma­ło­mów­nym mło­dym czło­wie­kiem. Le­on­tyna ni­gdy nie wi­działa, aby się uśmie­chał, a He­lenka, którą pan An­toni in­try­go­wał, ma­wiała – oczy­wi­ście, kiedy nie sły­szeli tego ro­dzice – że praw­nik dla od­po­wied­niego na­stroju co­dzien­nie rano zjada na czczo cy­trynę.

Ko­la­cja upły­wała w mi­łej at­mos­fe­rze, choć w mil­cze­niu. Oj­ciec błą­dził gdzieś my­ślami. Le­on­tyna roz­pa­mię­ty­wała szcze­góły wi­dze­nia z na­rze­czo­nym, a Pasz­kie­wicz z nie­od­gad­nio­nym wy­ra­zem twa­rzy przy­glą­dał się He­lence, która, za­spo­ko­iw­szy głód, za­częła pre­zen­to­wać uwo­dzi­ciel­skie pozy pod­pa­trzone u ciotki Ro­za­lii: trze­po­tała rzę­sami i rzu­cała mło­demu męż­czyź­nie po­włó­czy­ste spoj­rze­nia.

– Coś ci wpa­dło do oka, moje dziecko? – za­py­tał w roz­tar­gnie­niu me­ce­nas.