Aleksander wahał się. Mimo że lubił zabawę, starał się nie zaciągać długów, których nie mógł szybko spłacić. Uspokoił jednak sumienie, przypominając sobie, że sam wielokrotnie gościł Michaiła w podobnych lokalach. Poza tym – tłumaczył sobie Woronin – znajomość takich miejsc przydaje się w pracy, a on nie miał pojęcia o Scyllach i Charybdach miasta, do którego przyjechał zaledwie przed kilkoma dniami. A i jego nikt nie znał. Trzeba więc wykorzystać sposobność, która prędko się nie powtórzy.
Z jednego z bocznych pokoi wyłoniła się dystyngowana dama w średnim wieku, przypominająca raczej przełożoną pensji niż właścicielkę wesołego interesu. Kaługin podkręcił wąsa, a potem ukłonił się uprzejmie i powiedział:
– Proszę pozwolić, że przedstawię mojego przyjaciela ze stolicy. Sasza – zwrócił się do kolegi – to Madame Steiner.
– Aleksander... tycz... nin – wymamrotał niewyraźnie policjant, a następnie ucałował dłoń burdelmamy; pozory obowiązywały nawet w takich miejscach jak to.