Warszawianka
Ida Żmiejewska — Literatura

Alek­san­der wa­hał się. Mimo że lu­bił za­bawę, sta­rał się nie za­cią­gać dłu­gów, któ­rych nie mógł szybko spła­cić. Uspo­koił jed­nak su­mie­nie, przy­po­mi­na­jąc so­bie, że sam wie­lo­krot­nie go­ścił Mi­cha­iła w po­dob­nych lo­ka­lach. Poza tym – tłu­ma­czył so­bie Wo­ro­nin – zna­jo­mość ta­kich miejsc przy­daje się w pracy, a on nie miał po­ję­cia o Scyl­lach i Cha­ryb­dach mia­sta, do któ­rego przy­je­chał za­le­d­wie przed kil­koma dniami. A i jego nikt nie znał. Trzeba więc wy­ko­rzy­stać spo­sob­ność, która prędko się nie po­wtó­rzy.

Z jed­nego z bocz­nych po­koi wy­ło­niła się dys­tyn­go­wana dama w śred­nim wieku, przy­po­mi­na­jąca ra­czej prze­ło­żoną pen­sji niż wła­ści­cielkę we­so­łego in­te­resu. Ka­łu­gin pod­krę­cił wąsa, a po­tem ukło­nił się uprzej­mie i po­wie­dział:

– Pro­szę po­zwo­lić, że przed­sta­wię mo­jego przy­ja­ciela ze sto­licy. Sa­sza – zwró­cił się do ko­legi – to Ma­dame Ste­iner.

– Alek­san­der... tycz... nin – wy­mam­ro­tał nie­wy­raź­nie po­li­cjant, a na­stęp­nie uca­ło­wał dłoń bur­del­mamy; po­zory obo­wią­zy­wały na­wet w ta­kich miej­scach jak to.