– Miło poznać – odparła dama po rosyjsku, ale z twardym akcentem zdradzającym niemieckie pochodzenie. – Kazałam przygotować gabinet.
Podążyli za gospodynią, a kiedy mijali ozdobione łukiem wejście do jednego z pomieszczeń, dobiegł ich gwar głosów, nagle zagłuszony przez dźwięki fortepianu: ktoś grał popularną polkę Trisch-Trasch. Aleksander wsłuchał się w skoczną melodię. Doskonale znał każdą nutę; kiedyś w trakcie zabaw wielokrotnie sam wykonywał ten utwór, więc wystarczyła chwila, aby uznał, że pianiście nie brakuje ani techniki, ani wprawy. Jednak – jak na przyzwyczajenie Woronina – grał odrobinę za wolno i dziwnie frazował.
Policjant, wiedziony ciekawością, zajrzał do salonu, gdzie na kanapach, w towarzystwie pensjonariuszek, spoczywało kilku gości. Powietrze było ciężkie i siwe od papierosowego dymu. W głębi pokoju, na podeście, stał imponujący instrument, niewątpliwie steinway, na którym grał długowłosy mężczyzna w okrągłych okularach z ciemnymi szkłami. Aleksander domyślił się, że pianista jest niewidomy.